Trzeba czytać ze zrozumieniem. Inaczej się nie da.
O mnie
sylwia
Syla, Sylka, Sylwek, Sylwuś, Sylwiasz, Sylek i jeszcze kilka innych odmian mojego imienia słyszę codziennie. Z dozą zdrowego rozsądku, subtelnie unoszę się 2 cm nad ziemią. Przyznaję rację temu, kto ją ma. Piękno tkwi w szczegółach. Zarobiona jestem - w ALLEGRO
Pewna Miła Pani jechała taksówką. Straszne korki, zimowy dzień zbliżał się ku końcowi. - Wie Pani co, skręcę w osiedlowe uliczki, aby ominąć te największe korki. - odezwał się nagle Pan Złotówka. - Dobrze. - odpowiedziała Miła Pani. - Niech Pan jedzie którędy chce, byle szybko, bo do 17 muszę zdążyć odebrać syna ze żłobka. - dodaje. - Co z Pani za matka? - oburzył się Pan Złotówka i burknął na Miłą Panią. - Jak to? - odpowiedziała z wypiekami, które pojawiły się w dwie sekundy na jej polikach. - No tak to. - kontynuował Pan Złotówka. - Co z Pani za matka, skoro oddaje Pani dziecko do żłobka? Po to Pani urodziła dziecko, żeby teraz się ktoś inny nim zajmował?. - skwitował. - No wie Pan, chyba Pan Bóg sądzi, że nie taka znowu najgorsza, skoro oprócz jednego syna dał mi jeszcze bliźniaki. A Pan co? Co mi tu Pan za farmazony opowiada? To że chodzę do pracy, a syn w żłobku to jestem jakąś złą matką? Ja akurat nie jestem kobietą stworzoną do siedzenia w domu i propagującą karmienie piersią do drugiego roku życia. U mnie w rodzinie wszystkie kobiety są prawie doszczętnie oddane domowemu ognisku, ale jak Pan raczy zauważyć mówię "prawie", bo świat, proszę Pana, na dzieciach się nie kończy! - powiedziała Miła Pani. - Ale niech mi tu Pani za dużo nie mówi. Co z Pani za matka. I jeszcze bliźniaki. I też je Pani komuś odda? Moja kobieta siedzi w domu z dzieckiem i ma tam siedzieć. Nie ma iść do pracy. Ja jestem mężczyzną i ja zarabiam, a ona ma dzieci wychowywać i zawsze obiad gorący mam na stole. I co Pani na to?. - Ja? Ja Panu, miły Panie powiem, że Pan jest zacofany i tyle. - odpowiedziała. - Mówi Pani? - zdziwił się Pan Złotówka. - Tak, proszę Pana. Rozmawiał Pan ze swoją kobietą, czy jest szczęśliwa?. - Nie!. A po co mam z nią rozmawiać. - To niech Pan z nią porozmawia? Nawet Pan nie wie, jakie ma potrzeby. Może ona się lęka Panu powiedzieć, że chce iść do pracy, do ludzi trochę wyjść. A Pan ją tak zamknął w domu. Chociaż ja nie wiem. Wie Pan, różne są kobiety. Ale niech Pan porozmawia. - doradziła Miła Pani. - A bo widzi Pani. - kontynuował Pan Złotówka. - Ja się czuję taki odtrącony, bo ona cały czas z dzieckiem. - dodał. - No widzi Pan, bo Pan z nią w ogóle nie rozmawia. Ma Pan podany gorący talerz z zupą i to jest szczęście? A na wakacjach gdzieś Państwo byliście? - spytała. - Nie. - No to trzeba zaplanować i niech Pan w końcu sobie wbije do tej głowy, że dzieci doskonale sobie radzą bez nas, że są szczęśliwe jak nas mają i wcale nie 24 godziny na dobę, ale wtedy gdy okazujemy im bezgraniczną miłość. Są dla nas najważniejsze na świecie, ale na nich się świat nie kończy. Proszę odnaleźć siebie obok nich, a nie siebie zatracić. Ile płacę? - kończyła Miła Pani. - 24 zł. Wie Pani, Ma Pani rację. Zrobię dzisiaj żonie kolację, a potem może i bliźniaki nam się uda zdziałać. - zakończył dyskusję Pan Złotówka. - Życzę Panu spełnienia swoich planów i proszę nie wyzywać kolejnej mamy, za to że pędzi do żłobka po swoje skarby, bo pomyśli, tak jak ja przez chwilę, że nie ma Pan pojęcia o macierzyństwie czy ojcostwie, albo Pan jest tak zapracowany i nie zdążył poczuć tego smaku, albo nie chce Pan czuć. Siedzenie z dzieckiem w domu nie jest dowodem miłości do tego dziecka - a Pan jest dziwnie przekonany, że tak jest. To naprawdę dziwne przekonanie. Jeśli się kocha całym sercem, nie trzeba tego udowadniać. Do widzenia. Dźwięk na dziś: Basia, "Dzień się budzi"
środa, 28 listopad 2007
Według statsów, jak ktosiek szuka "sylus blogasek" to trafia do mnie. Taki mam oto blogasek w sieci. No dumna jestem. Bo istnieję tutaj prawie jak w Onecie. Na mego blogaska trafić można również przez hasło "gola syla", "sylwia duze", "tyłek sylwia" i "big brother prysznic". Wynika z tego, że mój blogasek jest od 18 lat. Nie brakuje też "czapki snajperki" i "widok przełyku". Przełyk graficznej formie szybciej jest znaleźć przez google po wybraniu wyszukiwania w obrazach, to tak na marginesie. Co mam wspólnego z przełykiem?
Jeśli teraz napiszę tytuł wątku, który czytam właśnie wnikliwie, wejść będę miała jeszcze więcej. Czy będę się przed tym bronić? Nie: Pozostałe (penisy, cycki, waginy itd). Dźwięk na dziś na moim blogasku:
Feist, "Secret Heart"
poniedziałek, 12 listopad 2007
Ale mi się wczoraj "zżarło"! Ja właśnie m.in. dla tego Święta lubię mieszkać tu, gdzie mieszkam. Wszędzie defilują albo oddają salwy w stronę chmur i anioły muszą skakać we wzmożonym tempie z chmury na chmurę by nie dostać kulką w pośladek, a u Nas - rogale marcińskie i św. Marcin na koniu dumnie kroczy ulicą. Poznaniacy "zażerają" się w ten dzień do bólu brzucha rogalami wypełnionymi masą z białego maku i bakaliami. Piszę "zażerają", bo bardziej przystępne słowo "objadają" wydaje mi się tutaj zdecydowanie za słabe. "Zażeranie się" jest adekwatne do sytuacji pojawienia się marcińskich rogali na półkach cukierni raz w roku. Jakiś czas temu "Gazeta Wyborcza" publikowała ranking rogali. Wygrywały zawsze te z "Elite", ale nie powiem - inne też są pyszne, np. te ze "Złotego Rożka". O dziwo nie smakują mi rogale od Kandulskiego. Rok w rok wydają mi się zbyt spieczone albo przeciwnie - niedopieczone. Wczoraj skusiłam się na te od "Elite". Drogie były, bo za kilogram trzeba było zapłacić całe 32 zł i... nie powaliły mnie. Iii tam. Plułam sobie w twarz, że mam nadal w pamięci ranking "Gazety" sprzed kilku lat. Teściowa ma, kupiła rogale w osiedlowej cukierni za 24 zł za kilogram i te były po prostu przepyszne. Te od "Elite" mogą zmiatać.
Mało tego. Nie dosyć, że "zeżarłam" dwa rogale, to na górnej półce mej lodówki znalazłam pudełko z kawałkiem tortu pralinkowego od Sowy. Miód w gębie. Czekolada tak sie rozpływa na podniebieniu, a potem delikatnie tup, tup, tup, po cichutku schodzi do gardła i skrada się w przełyku, że jedzenie tego tortu małą łyżeczką to istna jego profanacja. Jeśli tylko jesteś sam w kuchni z pudełkiem pełnym trójkąta pralinkowego, nie rób tego błędu! Deserowym łyżeczkom mówimy teraz stanowczo "NIE"! Słyszysz? - A ja, jeśli pan pozwoly... z przyjemnością. - to krzyczy duża łycha z szuflady. Nawet nie zawahaj się jej użyć i po chwili mieć ust pokrytych słodką, błyszczącą czekoladą.
A potem dzwoni do mnie Kaśka i komentuje: - "Rogaliki, rogaliki, a pupka rośnie!" Dźwięk, który codziennie słyszę jako dzwonek polifoniczny "niemój":
The Beach Boys, "Good vibrations"
środa, 7 listopad 2007
Początek listopada, a mam w głowie Pierwszą Gwiazdkę. Już bym chciała śnieg za oknem, światełka przyczepione na firankach, pierniki na sztucznej mej choince i ciepłą herbatę pod kocem na kanapie. W zeszłym roku jak piekliśmy pierniki, to były takie twarde, że musieliśmy wiertarką wywiercić w nich dziurki aby przełożyć niteczki i zawiesić na choince. W tym roku mam plan, że zanim włożę ciastka do piekarnika to już zrobię te dziurki. Potem lukrem (gotowym, kupię w Tesco, nie będę się paćkać dodatkowo) na pajacyku wyleję guziki, zrobię mu nos, oczy i usta. Rok temu choinka miała styl biurowy. Brzydka była, gdyby nie te pierniki, to była by okropna. Srebrne i granatowe bombki w ogóle nie pasują do mieszkania. Muszą być kolorowe, co najwyżej same czerwone. Srebro, granat, złoto to zimne kolory i trochę kiczowate. W tym roku te kolory nie przejdą, ani na choince, ani na stole. Będą czerwone bombki i grube czerwone sznury, pierniki i niemieckie lizaki kupione na Placu Wielkopolskim w kształcie mikołajowej laski. Na stole będzie stroik ze świeżej choinki. Ładnie pachnie i zapach świeżej sosny unosi się mimo smażonej ryby i zupy grzybowej czy barszczu. No i najważniejsze: sama zrobię pierogi w tym roku. Takie mam postanowienie. Robiłam raz chyba w swoim życiu pierogi z mięsem i wyszły nawet świetne. A potem zrobi się ciemno. I zimno na dworze. A w domu cieplutko. Dzieci włączą kolędy, dziadek będzie chrapał na fotelu do czasu, kiedy go nie obudzimy na kolację. Muszę jeszcze poszukać czapek Gwiazdora. Gdzieś mam w szufladzie trzy czerwone czapki z pomponami. I będę chodzić w tej czapce całe święta, aż do Sylwestra. I z utęsknieniem jeszcze większym poczekam na w końcu koniec tego roku i na nowe chwile. I zatańczę sobie o 24 godzinie, tak jak codziennie zresztą.
"Biegnij Syluś, biegnij". Byle do Świąt.
Bo już mi się chce piec te pierniki! Dźwięk na dziś:
Pointer Sisters, "I'm so excited"
sobota, 20 październik 2007
Marzy mi się pójście na jakiś koncert. Dawno nigdzie nie byłam. Jest kilku artystów, których marzę posłuchać na żywo. Jeśli kupuję płytę, zawsze sprawdzam czy jest ona dostępna w wersji koncertowej. Jeśli jest - studyjna ląduje z powrotem na półce. Żaden panel realizatorski nie pokona brzmienia z mikrofonu w sali pełnej ludzi. Chociaż przyznaję otwarcie, że nie mam pamięci do tytułów utworów, niemniej nuty wyssałam z mlekiem matki, która karmiła mnie siedząc na kanapie, a nad nią widniał plakat Sade albo Kate Bush. Pamiętam jeszcze plakat Limahla i zresztą wiele innych.
Miałam ostatnio się znaleźć na koncercie Ayo, ale przeszedł między palcami. Teraz gotowa jestem na Sade, Erykę Badu i Philla Collinsa. Jeżeli tylko dostanę informację o występie któregoś z powyższej trójki - jadę! Mam jedno miejsce w samochodzie. Zapraszam! Dźwięk na dziś:
Sade, "Kiss Of Life"
czwartek, 18 październik 2007
Miałam być w Warszawie w ubiegłym tygodniu na spotkaniu. Miałam spróbować wymarzonego w moim zmyśle smaku bloku czekoladowego. Miałam, miałam, a siedzę w domu zamknięta na cztery spusty. Nadrobiłam w sumie przez te dni wszystkie zaległości, które bardzo rzadko udaje się załatwić w biegu, w wodospadzie codziennych spraw, takich jak: praca, dom, praca, dom. Teraz, od kilku dni, jest dom, moja rodzina, film, gazeta, telefon do przyjaciół i rozmowa, której nie kończę słowami "muszę kończyć, mam spotkanie", jest ciepła kołdra w południe, jest gorąca zupa pomidorowa i pizza własnej roboty, jest też katar i gorączka i jeszcze kilka kłopotów, które zabijam, w dosłownym tego słowa znaczeniu, dobrą myślą i wewnętrznym uśmiechem. Nie smucę się, nie płaczę, mam wiele cierpliwości, nie krzyczę, nie biegam, nie skaczę. Stąpam z nogi na nogę po cichutku, wolno zaparzam herbatę, wolno smaruję masłem chleb. Mam ostatnio takie swoje dni, takie kobiece, dziewczęce. Nie ma w nich "twardzielki", nie ma silnej i mocnej, niczym Lara Croft, dającej sobie zawsze radę Sylwii. Jest za to mała, grzeczna i spokojna dziewczynka. Mała, słodka, z upiętym warkoczykiem. Niby wszystko ładnie pięknie, dni są słoneczne, prawie nie pada. Staram się odpocząć w 24 godziny na dobę i nie mogę. Nie potrafię. Dni są spokojne, a noce przepełnione sytuacjami, w których wciąż coś zdobywam, w których wciąż gdzieś biegnę. Walczę, ale jestem opanowana. Zdobywam jakiś cel przy użyciu wszystkich dostępnych technicznych, wymyślonych przeze mnie nowinek obronnych i snajperki. Dzisiaj w nocy znowu broniłam swoją drużynę, wspinałam się na skałki. Matko Boska! Nawet nie oglądam takich filmów! Dzień przesycony jest zapachem ciastek cynamonowych, które 15 minut piekę w piekarniku i koktajlu mlecznego z mrożonych truskawek. Czasem moja podświadomość mnie zastanawia. I tak już od kilkunastu lat. Przynajmniej raz w miesiącu, mam noc z głowy, pt. "na polu walki ". Żyje sobie człowiek spokojnie, a sen - podświadomość uświadamia świadomości, że jednak tak spokojnie nie jest. Widocznie, nie mogę się wyzbyć potrzeby biegu, zdobywania celu i czerpania z tego zadowolenia. Nie potrafię. Wracam do pracy! Dźwięk na dziś
Anouk, "Nobody's wife"
wtorek, 9 październik 2007
Są takie widoki, które wywołują we mnie burzliwe emocje. Emocje, które duszę w sobie, ale o nich nie mówię. Może z tego względu, że wywiązałaby się z ich powodu zbyt długa dyskusja, która tak naprawdę nic by nie zmieniła albo wręcz przeciwnie: moja wypowiedź została by zakończona jednym zdaniem, np: "Uhm, na mnie tez tak to działa". Serce uderza mi mocniej, wylewa się na mnie wiadro niewidzialnych łez, kiedy widzę chore dziecko. To widok, który cierpi we mnie bardziej aniżeli reportaż z pola walki, w którym pokazują rannych żołnierzy lub widok zamachu w Londynie. To widok, który przemawia do mnie nawet bardziej niż widok śmierci. Gorszy od tego widoku jest dotyk. Czucie gorącego czoła, mdlejącej z bólu i ciepła małej ręki, szlochania, bo brakuje sił na prawdziwy płacz. To widok, który czasem czuję. To dotyk, który czasem widzę. I jest mi z tym źle, mimo że chwilami jestem jedyną osobą dla tego gorącego czoła, która swoją dłonią i ramionami wyczarowuje bezpieczną i cichą przystań. Osobą, która nic nie mówi, a mimo wszystko wyraża i daje wszystko co ma.
Jest też widok, który uśmiecha się we mnie co roku: widok horyzontu na spokojnej tafli morza, który widzę kiedy wspinam się wejściem na plażę. Widok ten trwa dosłownie kilka sekund, bo kiedy już wejdę na tyle wysoko by zobaczyć plażę i fale, emocja pierwszego spojrzenia na wodę, dosłownie zerknięcia, mija aż do następnego roku.
Są widoki, które chciałabym zatrzymać na cały dzień, a zdarzają się tylko o poranku. Są widoki, które trwają wieczorową porą i które trwają dopóki ich nie stłumię jakimś słowem. Są widoki zatrzymane w setnej sekundzie i ogląda się na kartce papieru. Wymyśla się do uwiecznionych na tych kartkach ludzi historie lub przypomina własne. Są widoki na tych kartkach, które przenoszą mnie myślami na drugą stronę ziemskiej półkuli, gdzie słońce ogrzewa ogon wylegującym się na piasku jaszczurkom i małe, cienkie nogi krabom. Jest też widok bloku czekoladowego dudzinki i tego za szklaną futryną cukierni Pana Piotra i widok uśmiechu mojego syna, kiedy krzyczy w samochodzie na wymyślonego sobie Pana Mariana, który steruje światłami: "Prosie zapalić zielone śfiatło, panie marjanie! Dziekuje panie marjanie!".
I czasem, kiedy komuś coś podaruję, sam widok twarzy mi starcza. Nie potrzebuję słowa "dziękuję". Naprawdę nie. Dźwięk na dziś:
Air, "All I Need"
środa, 3 październik 2007
Jest godz. 7 rano. Lubię wstawać wcześnie, bo wtedy jest jeszcze tak bardzo cicho. Sąsiedzi jeszcze nie wstali po sobotnich libacjach, ich dzieci leżą jeszcze w łóżkach po nakazie leżenia po prostu. Otwieram drzwi i gołą stopą dotykam, mimo nocnego chłodu ciepłych desek drewnianego tarasu. Słońce skrada się jednym promykiem na mój biały fotel bujany, ale widzę, że drugi promyk, bardziej cwany, bez pytania rozłożył się wygodnie na hamaku. Wsiadam na rower i z słuchawkami na uszach podjeżdżam do pobliskiego sklepu spożywczego. - Dzień dobry, pani Małgosiu! Jak zwykle cztery bułki, pół chleba i mleko wezmę. I może mi Pani dorzucić pęczek rzodkiewki i twaróg półtłusty - mówię z uśmiechem. - Dziękuję! - mówię dalej. Pani Małgosia ma długie rude włosy i piegi na nosie. Piękna z niej kobieta. Wchodzę z powrotem na swój ogród. Odstawiam rower, wchodzę na taras, spoglądam na stół. Moje dzieciaki złapały wczoraj i włożyły w słoiki ślimaki i dżdżownice, które to właśnie wypełzły na stół. Pięknie! Kolejni goście na śniadaniu. Wracam, by zerwać kilka poziomek. Posypię je cukrem i zaleję śmietaną. Szkoda, że nie ma już takiej śmietany jak robiła swoimi spracowanymi już rękoma ciocia Lusia ze Starej Kuźnicy. Śmietana ta była tak gęsta jak ubite dobrze białko, które nie chce uciec z przechylonej miski. Śmietanę ciotki Lusi nakładało się na pajdę chleba i posypywało solą i pieprzem. No nie ma już takiej. Nie ma też tego tarasu i nie ma Pani Małgosi. Jest 5.30 rano. Nie znoszę wstawać tak wcześnie. Prysznic i bułka z serem. Jest 7 rano: jazda 80 na godzinę na Wilczak. Jazda 5 na godzinę Szelągowską. Ciągła jazda 5 na godzinę al. Niepodległości. 30 na godzinę na Kaponierze. Wyrzucam lewy migacz, wjeżdżam na pas, ktoś zajeżdża mi drogę i nagle hamuje.
No proszę Pani! Po Poznaniu, o godz. 8 rano nie jeździ się jak po bułki do Pani Małgosi. Jak mi Pani jeszcze raz zajedzie drogę w drodze do pracy tym swoim "mesiem" i otrze swoje lustereczko o moje "lusterko", zahamuje nagle tak, że pocałuję Pani błyszczący zderzak, to bułkę od Pani Małgosi osobiście Pani wsadzę.